W Rozrywce zdarzyć się może wszystko, o czym przekonamy się w sylwestrowy wieczór

HENRYKA WACH-MALICKA
Spontaniczna zabawa po obydwu stronach rampy to znak firmowy widowiska ,The Rocky Horror Show" w Teatrze Rozrywki. / ARKADIUSZ ŁAWRYWIANIEC
Spontaniczna zabawa po obydwu stronach rampy to znak firmowy widowiska ,The Rocky Horror Show" w Teatrze Rozrywki. / ARKADIUSZ ŁAWRYWIANIEC
Słynne wąskie żelazne schody, łączące garderoby Teatru Rozrywki ze sceną, powinny trafić do jakiejś księgi rekordów. Co dnia zbiegają po nich wiele razy aktorzy, tancerze i chórzyści poganiani głosem inspicjenta.

Słynne wąskie żelazne schody, łączące garderoby Teatru Rozrywki ze sceną, powinny trafić do jakiejś księgi rekordów. Co dnia zbiegają po nich wiele razy aktorzy, tancerze i chórzyści poganiani głosem inspicjenta.

Skakałam za nimi po tych "szczeblach płaczu", a następnego dnia nie mogłam ruszać nogami, choć miałam buty na płaskich obcasach. Tymczasem oni prawie latają z drugiego piętra na scenę, często w wytwornych szpilkach. W przedstawieniu "The Rocky Horror Show" także mężczyźni!

Teatralna karuzela rusza z samego rana, choć artyści mają ten przywilej, że nie zaczynają prób bladym świtem. Ale za to opuszczają gmach dobrze po godz. 21, a często zdarza się tak, że w danym dniu mają próbę i przedstawienie, więc pracują jak małe komputerki. Spektakle, jak w każdym teatrze, rodzą się w Rozrywce etapami, ale tutaj jest tych przystanków zdecydowanie więcej. Koncepcji reżyserskiej nie wystarczy wysłuchać, trzeba ją jeszcze przełożyć na choreografię, popisy wokalne, zgranie z orkiestrą. Praca nad nowym tytułem to żmudne dopasowywanie wielu klocków, ale podobno już po próbie generalnej wiadomo, czy elementy układanki pasują do siebie idealnie, czy niekoniecznie...

Stary budynek Teatru Rozrywki wchłania w siebie co dnia mnóstwo ludzi, ale jego kapryśnie rozczłonkowane wnętrze kryje ich tak skutecznie, że czasem trudno się odnaleźć. Mimo potężnej kubatury warunki do pracy nie są tu idealne, ale na pisaniu o planach modernizacji gmachu, a przede wszystkim o braku środków na remont generalny i dokończenie budowy zaplecza, dziennikarze zarobili już całkiem spore wierszówki...

Na dwie godziny przed spektaklem schodzą się wykonawcy i zespoły pomocnicze. Portier nie dowierza ekipie "DZ" i dopiero po uzgodnieniu legalności wizyty pozwala nam wejść. Wewnątrz już coś się dzieje - próba akustyczna, światła, ostatnie poprawki na scenie. Adam Nowak zdradza, że montowanie dekoracji do "The Rocky Horror Show" trwa prawie 6 godzin, że imponujący, choć sztuczny, zamek waży prawie 400 kilogramów i że unosi się w górę, podkręcany ręką jednego człowieka. Tajemnica tkwi w idealnym zrównoważeniu dźwigni. Przy przedstawieniu pracuje ośmiu montażystów, dwóch rekwizytorów i sześć garderobianych, ale nie jest to spektakl najbardziej skomplikowany. Prawdziwy - nomen omen - horror to "Evita" i "Skrzypek na dachu", gdzie błyskawicznie i wielokrotnie zmienia się dekoracje oraz światła, a artyści dokonują tzw. przebiórek w absolutnej ciemności, tuż za kulisami. Ale "Rocky'ego" lubią wszyscy, bo zabawa trwa po obydwu stronach rampy. W rytm muzyki przytupują garderobiane i charakteryzatorki, a piosenki śpiewa sobie cichutko Iwona Bruch - inspicjentka, idealnie panująca nad bezkolizyjnym biegiem całości.

Myszkowanie po garderobach nie u wszystkich artystów wzbudza zachwyt, ale generalnie nikt się nami... nie przejmuje. Nie ma na to czasu. Wyjątkowo trudna i skomplikowana jest w tym przedstawieniu charakteryzacja, nie we wszystkie kostiumy można wskoczyć bez pomocy. Przysiadam u dziewczyn i denerwuję je swoją paniką, bo "już dzwonili". Maria Meyer i Elżbieta Okupska informują mnie w końcu, że zdążą, bo czas malowania i ubierania mają zakodowany w podświadomości co do sekundy. Ale nauk mi udzielą - ten oto podkład nie spłynie z twarzy w najwyższej nawet temperaturze, a do przyklejania sztucznych rzęs trzeba mieć talent. No trzeba, przekonałam się na własnych powiekach...

Makijaż to damska rzecz, więc Danuta Gniewek i Teresa Szelest korzystają z doświadczenia aktorek i skupiają się na panach. Skromnego i przystojnego Janusza Kulika trzeba przecież zmienić w "słodkiego transwestytę". Tkwię przy lustrze i gapię się na kolejne etapy charakteryzacji, nie mogąc wyjść z podziwu. A artysta bawi mnie rozmową. - To najdziwniejsza postać, jaką przyszło mi grać i gdy oglądam siebie na taśmie wideo - wyznaje - czasem przechodzą mnie ciarki. Ale jakie to wyzwanie! Gdy mam przyjechać do Chorzowa, zaczynam wchodzić w rolę już dwa dni wcześniej, bo tak "z ulicy" to się jednak nie da. Ale balansowanie na obcasach opanowałem bezbłędnie!

Obcasy mają 14 centymetrów wysokości, a choreograf Henryk Konwiński zakazał patrzenia pod nogi.

Od rana ruszają w Rozrywce pracownie, zespół techniczny, dyrekcja - rzecz jasna i doskonałe Biuro Obsługi Widzów pod wodzą Barbary Chodackiej, w poszczególnych salach odbywają się próby. Teraz trwają przygotowania do koncertu sylwestrowego, na który wybiera się tłum publiczności. Dyrektor Dariusz Miłkowski reżyseruje całość tego widowiska, ale szczegółów nie zdradza, bo ,jeszcze zdarzyć może się wszystko". I na ogół zdarza się, bo artyści Teatru Rozrywki słyną z poczucia humoru i zamiłowania do łamania konwencji.

Pracują ciężko, ale mają wzięcie, czego dowodem i ten wieczór z "Rockym". Dziś grany jest po raz 85., a widownia pełniutka, wcale gęsto poubierana w koszulki z tytułem spektaklu; wybucha entuzjazmem przy pojawianiu się każdej postaci i wyprzedza swoją reakcją to, co dzieje się na scenie.

Za kulisami też coraz weselej, bo przedstawienie toczy się bez przeszkód, a życzliwość prawie pięciuset widzów działa jak najmocniejsza kawa. Kawa też musi być, bo ziąb daje się we znaki. Porozbierane tancerki czekają na swoje wejścia w płaszczykach, a słynna "zimna kieszeń", czyli prawa kulisa obrzucana jest nienawistnym spojrzeniem tych, których skierował tam reżyser - Marcel Kochańczyk. Tylko Janusz Kruciński - tytułowy bohater (Rocky oczywiście, nie horror) wydaje się być impregnowany na chłód i ciągle zadowolony. Wszyscy zachowują natomiast nieprzyzwoitą wprost koncentrację i potrafią w połowie prywatnej rozmowy wystrzelić na scenę. Linia dzieląca kulisę i scenę ma magiczną moc. Przyznają to nawet najwięksi realiści. Wystarczy jeden mały krok i Jacenty Jędrusik zmienia się w demoniczno-groteskowego dra Scotta, zbiera brawa, wraca i znów staje się Jacentym.

Część przebiórek odbywa się na wyciągnięcie ręki, tuż za sceną. Aldona Porwolik, Ilona Kozera i ich koleżanki wykonują swój fach znakomicie - wdziewają na aktorów kostiumy w błyskawicznym tempie. Rozmowy, choć żywiołowe, toczą się bardzo cicho, bo każde słowo słychać na widowni. Chyba że gra muzyka, a publiczność pląsa między rzędami. Wtedy można nawet roześmiać się głośno. Na prawdziwy oddech przyjdzie jednak czas po licznych bisach i wygaszeniu ostatnich świateł. Chociaż też nie bardzo - przed bocznym wejściem na swoich ulubieńców czeka grupa fanów. I nie przepuści osobistego z nimi kontaktu.

Gdzie na tanie wakacje w 2021 roku?

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie