Monsters of Rock 1991: AC/DC, Metallica i Queensrÿche grali w Chorzowie. Mija 30 lat od festiwalu Monsters of Rock na Stadionie Śląskim

Szymon Bijak
Szymon Bijak
Udostępnij:
Wspomnień czar. 13 sierpnia 1991 roku na Stadionie Śląskim w Chorzowie odbyła się pierwsza i jednocześnie ostatnia, jak się później okazało, edycja festiwalu Monsters of Rock. Tego dnia publiczność mogła na scenie podziwiać AC/DC, Metallikę oraz formację Queensrÿche. W 30. rocznicę wspominamy to niezwykłe muzyczne wydarzenie.

Monsters of Rock w Chorzowie. 30 lat temu na Stadionie Śląskim zagrali AC/DC, Metallica i Queensrÿche

Dziś trudno nam sobie to wyobrazić, ale w latach osiemdziesiątych czy nawet dziewięćdziesiątych zagraniczne muzyczne gwiazdy do naszego kraju nie przyjeżdżały zbyt często. Koncertów zachodnich wykonawców było jak na lekarstwo. Na szczęście, zdarzały się wyjątki. W 1984 i 1986 Polskę odwiedziła brytyjska formacja Iron Maiden, dając łącznie aż 11 występów. W 1985 - w Warszawie - zaprezentował się z kolei Depeche Mode, wówczas jeszcze przed swoimi największymi sukcesami komercyjnymi, ale na tyle popularny, żeby zgromadzić pokaźną widownię.

W katowickim Spodku zaczęła rozrastać się Metalmania. Organizatorom udało się zaprosić zagraniczne zespoły - zagrał niemiecki Kreator (1988) czy szwajcarski Coroner (1989). W tym samym miejscu dwa koncerty dała Metallica, rok po wydaniu przełomowego albumu "Master of Puppets", który jest powszechnie uznawany za jeden z najważniejszych krążków w historii muzyki metalowej.

Polska więc nie była więc całkowicie białą plamą na koncertowej mapie dla zachodu. Niewątpliwie jednak każdy tego typu występ był dla fanów czymś niezwykłym, wydarzeniem na które czekali z wypiekami na twarzy. Łatwo się więc domyślić, że kiedy ogłoszono, że objazdowy festiwal Monsters of Rock po raz pierwszy dotrze również do naszego kraju, miłośnicy cięższych brzmień wpadli w ekscytację.

Koncepcja tej imprezy narodziła się w Wielkiej Brytanii w 1980 roku. Założenie było proste: stworzenie festiwalu, podczas którego, na wielkich obiektach, prezentowałyby się największe gwiazdy hard rocka oraz heavy metalu. Na miejsce koncertu wybrano wieś Castle Donnigton znajdującą się 170 km od Londynu. Gwiazdą pierwszej edycji był zespół Rainbow. W kolejnych latach na Monsters of Rock wystąpili wszyscy najwięksi – Iron Maiden, Ozzy Osbourne, Guns N’ Roses czy Aerosmith. Impreza się rozrastała i dotarła do kolejnych europejskich krajów, a nawet na inne kontynenty.

Dokładnie 30 lat temu - 13 sierpnia 1991 roku - Monsters of Rock zawitał do Polski. Festiwal odbył się w Chorzowie. W związku z okrągłą rocznicą, postanowiliśmy porozmawiać z osobami, które właśnie tego dnia były obecne na Stadionie Śląskim.

"Świat wielkich koncertów i scen nagle do nas przyjechał. Poczuliśmy wtedy, że o nas nie zapomniano"

- 4 czerwca 1989 roku w naszym kraju skończył się komunizm, a 13 sierpnia 1991 skończył się koncertowy komunizm. Nie chodzi o to, że wcześniej nie było u nas koncertów. Ale to były raczej ciekawostki, to nie było coś oczywistego. Monsters of Rock wprowadził nas na Zachód. Otworzył całkowicie nowy rozdział. To był przełomowy koncert - nie ma wątpliwości Paweł Piotrowicz, dziennikarz muzyczny i filmowy Onetu.

- To był tak naprawdę pierwszy duży koncert w naszym kraju z całym tym „anturażem”. Ta aparatura, wielka scenografia. W latach osiemdziesiątych nawet nie marzyliśmy, że takie AC/DC do nas przyjedzie. To był inny świat, wydawało się że niedostępny dla nas. Pierwszy raz mieliśmy możliwość uczestniczenia w „rockowym cyrku”, w dobrym tego słowa znaczeniu. Przyjeżdża kilka zespołów, mamy mini festiwal - wspomina Leszek Gnoiński, dziennikarz, pisarz, reżyser i scenarzysta, a także członek Rady Akademii Fonograficznej ZPAV.

Dużo rzeczy się więc w naszym kraju zmienia. Nastaje inna rzeczywistość. Wciąż jednak wyprawa na koncert to prawdziwa przygoda i wcale nie taka prosta rzecz.

- Zbierało się w tzw. brygadach, w parunastu znajomych i jechało się do innego miasta. Fani metalu z całej Polski pociągami zjechali na dworzec w Katowicach. Po koncercie miasto zapewniło wszystkim dojazd na dworzec. To było coś nowego. Dodatkowe autobusy zostały podstawione. Do rana natomiast czekaliśmy na powrotny pociąg. Teraz to każde duże miasto ma swoją halę czy stadion. Wtedy tak nie było. Jedyną halą, która spełniała wymogi, był Spodek, a stadionem – ten w Chorzowie - podkreśla Gnoiński.

- To był mój pierwszy koncert. Miałem wówczas 15 lat i wybłagałem mamę, żeby kupiła mi bilet - uzupełnia swoje wspomnienia dziennikarz Onetu.

Jako pierwsi - około 16:40 - przed ok. 35-tysięczną publicznością, na scenie zaprezentowali się muzycy z amerykańskiego zespołu Queensrÿche. Grupa, wykonująca metal progresywny, nigdy nie była w naszym kraju zbytnio popularna, więc widzowie nie zgotowali im aż tak entuzjastycznego przyjęcia.

- Strasznie się jarałem Queensrÿche. Słuchałem namiętnie albumu „Operation: Mindcrime”. Sam ich koncert jednak mnie rozczarował. Grali w biały dzień, a ich niełatwa muzyka źle brzmiała na stadionie. Dźwięk się słabo roznosił. Ale i tak cieszyłem się, że ich na żywo widzę - dodaje Paweł Piotrowicz.

Następnie zaprezentowała się Metallica. Pomimo tego, że James Hetfield i spółka nie byli główną gwiazdą wieczoru, to właśnie na nich najbardziej czekali polscy widzowie.

"Wypychaniu ze sceny perkusji Larsa towarzyszył ogłuszający gwizd tysięcy ludzi. Nie mogli się pogodzić z odejściem Metalliki" - relacjonował dziennikarz miesięcznika "Tylko Rock".

Grupa pojawiła się na Stadionie Śląskim o godz. 18:20. Najpierw wybrzmiały dźwięki "The Ectasy of Gold" Ennio Morricone, a następnie muzycy zaprezentowali "Enter Sandman" z wydanego dzień wcześniej "Czarnego Albumu". Z nowości formacja wykonała jeszcze "Sad But True", a resztę 80-minutowego setu wypełniły dobrze znane utwory (m.in. "Creeping Death", "Fade to Black", "Master of Puppets" czy "Seek & Destroy"). Podczas "One" można było podziwiać natomiast efekty świetlne i pirotechniczne. Ale - w związku z wczesną godziną koncertu i porą roku - nie mogły one wywołać "odpowiedniego" wrażenia.

James Hetfield z Metalliki imprezował z fanami w katowickim ...

- Metallica była już coraz bardziej znana, ale wciąż thrash metalowa. „Czarny Album” dopiero się ukazał - nie było wiadomo, jak zostanie przyjęty. Czy sprawi, że zespół stanie się gwiazdą ogólnoświatową, czy jednak pozostanie w swojej niszy. Dopiero za parę miesięcy okazała się hitem. Metallica znalazła się na szczycie. Wówczas nie znaliśmy tego albumu. W Polsce płyty kompaktowe były dobrem luksusowym, podobnie jak sprzęt do odtwarzania. Nie można było jej posłuchać w streamingu, jak teraz. Fragmenty tej płyty poznaliśmy dopiero na tym koncercie - przypomina Leszek Gnoiński.

Na sam finał wystąpili muzycy z AC/DC. W 1991 roku to był zespół-legenda, który od dobrych kilku lat miał ugruntowaną pozycję w świecie rocka. O ich statusie świadczyły chociażby atrakcje pozamuzyczne - olbrzymi dzwon w "Hells Bells", nadmuchiwana lalka w "Whole Lotta Rosie", deszcz banknotów w trakcie wykonywania "Moneytalks" czy obowiązkowy wystrzał z armat podczas "For Those About to Rock (We Salute You)". Na dodatek, w pewnym momencie, gitarzysta Angus Young, jak to ma w swoim zwyczaju, ściągnął spodenki, by pokazać... majtki z flagą Polski.

W trakcie dwugodzinnego widowiska zespół nie pozostawił złudzeń, że obserwujemy na żywo koncertową potęgę. Potwierdza to w rozmowie z "DZ" Paweł Piotrowicz.

- AC/DC zaprezentowało olbrzymi spektakl, więc żałuję, że nie miałem lornetki, bo siedziałem na trybunach. Byłem naprawdę oszołomiony. Tu wszystko się zgadzało. Każdy muzyk był w wielkiej formie.

- Metallica była bardzo głośna. Byłem wówczas w szoku. Tyle, że AC/DC było dwa razy głośniejsze. To brzmienie i ta niesamowita scenografia. Wszyscy stali i zbierali szczęki z podłogi - dodaje Leszek Gnoiński.

"O tym koncercie można napisać książkę. Ale słowa nie są w stanie zastąpić bezpośredniego udziału w takim wydarzeniu. Telewizja czy wideo też. Kto poskąpił pieniędzy na bilet, niech żałuje. Koncert był wart niedojadania przez parę dni" - podsumował z kolei wysłannik "Tylko Rocka".

13 sierpnia 1991 roku odbył się koncert, który dla wielu osób tam obecnych, nie był zwyczajną muzyczną imprezą, o której za kilka dni, może miesięcy, się zapomina. Był to początek czegoś nowego w Polsce. Gwiazdy z Zachodu coraz częściej zaczęły do nas przyjeżdżać, spektakularne widowiska stawały się czymś zupełnie normalnym. Nic dziwnego, że pierwsza polska edycja festiwalu Monsters of Rock do dziś pozostaje wydarzeniem wyjątkowym i jedynym w swoim rodzaju!

- Dla mnie to było przeżycie pokoleniowe. Mogę stwierdzić, że wówczas straciłem koncertowe dziewictwo - wyznaje Paweł Piotrowicz.

- Świat wielkich koncertów i scen nagle do nas przyjechał. Poczuliśmy wtedy, że o nas nie zapomniano. Że świat się zmienia, a my razem z nim. Powoli stawaliśmy się rynkiem w miarę atrakcyjnym. Oznaczało to, że znani artyści chcą u nas zarobić. To nas wówczas cieszyło - kończy Leszek Gnoiński.

P.S. W trzydziestą rocznicę festiwalu w klubie "Leśniczówka" w Chorzowie odbędzie się wydarzenie, które ma za zadanie przenieść nas na chwilę w czasie. Na scenie zagrają 4 Szmery oraz Alcoholica, czyli grupy specjalizujące się w kowerowaniu - odpowiednio - AC/DC i Metalliki. Zagrają one dokładnie te same utwory, które zostały wykonane tego upalnego 13 sierpnia 1991.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie