Bierzemy udział w poszukiwaniach i niesiemy pomoc ludziom

Partnerem cyklu jest Dowództwo Wojsk Obrony Terytorialnej
Ares z 13 Śląskiej Brygady Obrony Terytorialnej
Ares z 13 Śląskiej Brygady Obrony Terytorialnej
Udostępnij:
Ares był pierwszym psem, który wstąpił w szeregi terytorialsów. Od tego czasu wziął udział w kilku akcjach, podczas których ważyły się losy ludzkiego życia. Rozmawiamy z jego właścicielką, szer. Moniką Krasińską-Ligejką, która utworzyła Grupę Poszukiwawczo-Ratowniczą 13 Śląskiej Brygady Obrony Terytorialnej.

Skąd u Pani w domu wziął się Ares?

Posiadanie psa stało się moim marzeniem, jak tylko opuściłam rodzinny dom. Wtedy pies został z rodzicami, a ja zaczęłam rozglądać się za własnym i zdecydowanie większym. Sporo czytałam na ten temat, aż trafiłam na owczarka belgijskiego i od razu wiedziałam, że to rasa dla mnie. Mamy podobne charaktery.

Później znalazłam hodowlę z wieloletnim doświadczeniem, taką z prawdziwego zdarzenia. Sama przeszłam odpowiednią selekcję. Sprawdzono, jakie pies będzie miał u mnie warunki itd. Aż w końcu przyjechałam zobaczyć szczeniaki. Był tam taki jeden, który od razu do mnie podszedł, a ja już wiedziałem, że będzie mój. To właśnie Ares.

Dlaczego akurat takie imię?

Jego imię rodowodowe to Lantis Polaris. Ares wyszło ode mnie, ponieważ całe życie towarzyszą mi dwie pasje. Pierwsza z nich to wojsko. Druga górnictwo. I dlatego swojego pierwszego psa nazwałam Ares, czyli bóg wojny. Drugi to Carbon, jak węgiel.

Wspominała Pani o podobieństwie charakterów. Podobne, czyli jakie?

Indywidualista. Jeśli nie wejdzie drzwiami, to zrobi to oknem. Ares nie jest ufny wobec ludzi, ale jednocześnie jeśli się do kogoś przywiąże, to obdarzy go miłością. To pies, którego wszędzie jest pełno. Nie lubi się wylegiwać, ciągle coś robi, uwielbia wyzwania. Jeśli jest coś, co sprawia mu trudność, to na początku się denerwuje, ale lubi dopiąć swego i pokazać, że potrafi. To tak jak ja.

Jak wyglądała jego droga do bycia ratownikiem?

Tak jak wspominałam, na początku Ares nie był zbyt ufny wobec ludzi, zachowywał się jak maminsynek. To zmieniło się podczas zajęć w psim przedszkolu i z indywidualną instruktorką. Okazało się zresztą, że działa ona w nieistniejącej już Śląskiej Grupie Tropiącej. Opowiedziała mi o co w tym chodzi i tak zaczęliśmy chodzić na zajęcia z tropienia i sami dołączyliśmy do grupy.

Dowiedziałam się jednak, że psy tropiące, które nie należą do policji, nie mogą zdawać egzaminów do grup ratowniczych, a certyfikowana jest tylko praca górnym wiatrem. Ares nigdy nie miał być psem kanapowym, który pilnuje domu. Od początku wiedziałam, że chcę aby pomagał ludziom, więc dołączyliśmy do grupy poszukiwawczo-ratowniczej.

Wcześniej poznałam swoje dwie mentorki, z którymi szkolimy się do tej pory. Tak naprawdę szkolenie nigdy się nie kończy, ponieważ zawsze jest coś, co trzeba poprawić lub nad czym można popracować. Często razem z Aresem wracamy do podstaw, wielokrotnie coś w tej naszej współpracy zgrzyta i trzeba to naprawić.

Ostatecznie rok temu Ares przystąpił do egzaminów, które zdał pomyślnie i może uczestniczyć w akcjach poszukiwawczo-ratowniczych pod szyldem wojska oraz ochotniczej straży pożarnej, w której również działamy.

Była Pani korespondentką Polskiego Radia podczas wojny w Afganistanie. Wtedy zbliżyła się Pani do wojska, a ten romans pchnął Panią później w kierunku terytorialsów?

Tak, to wszystko wzięło się z dziennikarstwa. Przez lata zajmowałam się tematyką wojenną i górniczą. Relacjonowałam wszelkiego rodzaju katastrofy w naszym regionie. Zawsze stałam z boku, obserwowałam. W pewnym momencie, chyba właśnie w Afganistanie, zrozumiałam, że już nie chcę tego robić, ale chcę być w środku wydarzeń, pomagać.

Kiedy tworzono 13 Śląską Brygadę Obrony Terytorialnej, Ares był jeszcze przed egzaminami, ale uznałam, że otwierając tutaj psią grupę możemy dać dużą przewagę ratownikom, wzmacniając cały system poszukiwawczy i przez to szybciej dotrzeć do osób zaginionych lub poszukiwanych.

Pamięta Pani swoją pierwszą akcję z Aresem w szeregach terytorialsów?

Pierwsza akcja była związana z poszukiwaniami mężczyzny, który wyszedł z domu i dosłownie wyparował. Nikt nie miał z nim kontaktu, nie zabrał telefonu. Wiadomo było jedynie, że lubi spacerować wzdłuż Wisły, co budziło potworne obawy. Oczywiście działaliśmy wspólnie z innymi służbami i myślę, że nawet bardziej doświadczeni ratownicy byli pełni podziwu, że terytorialsi potrafią tak wiele, zwłaszcza pod kątem współpracy z nawigatorami. Całe szczęście zaginionego udało się odnaleźć. Okazało się, że zaszedł ponad 30 kilometrów od domu, gdzie natrafił go jeden z patroli.

Często w rozmowach pada pytanie: „Ile osób znalazł twój pies?”, ale to nie jest najważniejsze. Podstawowym zadaniem psa jest tak naprawdę wykluczenie z poszukiwań miejsc, w których na pewno nie znajduje się osoba potrzebująca pomocy i to pies potrafi zrobić dużo szybciej niż człowiek, ponieważ działa innymi zmysłami.

Jaka jest przewaga psa nad człowiekiem?

Na wiele sposobów próbowano zastąpić psi nos, ale tego się po prostu nie da zrobić. Nie ma takiej maszyny, która byłaby zdolna do takiego wyczucia zapachu jak to narzędzie, którym jest psi nos. Psy działają dużo szybciej od ludzi, są bardzo precyzyjne i w krótkim czasie potrafią przeszukać dużo większy, trudniejszy teren, co pozwala nam szybciej odnaleźć daną osobę. Psy sprawdzają się nie tylko w terenie, ale też na gruzowiskach, gdzie są dużo bardziej skuteczne. Oczywiście ratownicy mają kamery wziernikowe i termowizyjne, to jest doskonały sprzęt, ale jednak nie potrafią prześcignąć psa.

W wolnym czasie dajecie sobie trochę luzu, czy też trenujecie?

Ćwiczymy systematycznie, bo nie lubimy nudy. Mój mąż specjalnie zbudował na ogrodzie tor przeszkód, żeby Ares mógł ćwiczyć. Jest tego sporo. Oczywiście przeplatamy to również z zabawą i wygłupianiem się. Tak jak wspominałam, mam drugiego psa, męża, a pół roku temu urodziło nam się dziecko.

Ares takie powiększenie stada przyjął nadzwyczaj dobrze. Jest bardzo zainteresowany. Kiedy wracam ze spaceru, sprawdza, czy mały jest w wózku. Szturcha nosem w rękę, żeby go pogłaskał, a kiedy płacze, to podchodzi i liże. Oczywiście trzeba uważać, bo to duży pies i może niechcący zrobić krzywdę, ale bardzo opiekuńczy.
Służbę nie zawsze da się zaplanować. Zdarzają się też sytuacje niespodziewane.
Moja rodzina zawsze była świadoma tego, na co się decyduję. Oczywiście zdarzają się sytuacje, że w środku nocy dzwoni telefon. Musimy się spakować i wyjść, bo od tego zależy ludzkie życie. Kiedy byliśmy na wakacjach nad morzem, o pomoc poprosiła zaprzyjaźniona grupa ratowniczo-poszukiwawcza. Nie odmówiliśmy. Z dzieckiem został tata i dziadkowie, a my ruszyliśmy na poszukiwania.

Wasza praca w czasie pandemii COVID-19 różni się jakoś od tej sprzed blisko roku?

Nasza działalność w zasadzie w ogóle się nie zmieniła, oprócz tego, że teraz nosimy maseczki i stosujemy się do różnego rodzaju dodatkowych zasad bezpieczeństwa. Bierzemy udział w poszukiwaniach i niesiemy pomoc ludziom.

Materiał oryginalny: Bierzemy udział w poszukiwaniach i niesiemy pomoc ludziom - Dziennik Zachodni

Dodaj ogłoszenie